Wenecja, Wenecja…

Wracam wciąż myślami do niedawnej wyprawy...
...do tego niezwykłego miasta, jakby zawieszonego między sną a jawą, z tymi wszystkimi wąskimi uliczkami i kanałami 🥹
Przemierzałam wąskie uliczki w poszukiwaniu małych jubilerskich zakładów, gdzie powstają ręcznie autorskie wytwory (a nie jakieś bardzo typowe fabrycznie wytwarzane wzory, które dostać można przy głównych deptakach) by móc przez witryny podglądać kąciki ze złotniczymi biurkami i całym zastępem narzędzi. Zabrakło mi odwagi, by wejść do któregoś z lokali i zagadać, ale może innym razem się uda... 😅

Biennale w Wenecji
Pierwszy raz w Wenecji byłam dwa lata temu; (zarówno wtedy, jak i obecnie) jednym z pretekstów, by tam pojechać, było Biennale. Choć tegoroczne w ogólności nie było tak potężne, jak poprzednia edycja, miało jednak parę mocnych wystaw: moim absolutnym faworytem jest pawilon Tajwanu (do którego poszliśmy aż dwa razy, bo po jednym razie mieliśmy niedosyt XD) z niemal godzinną instalacją wideo autorstwa Li Yi-Fana pt. "Screen Melancholy". Utrzymany w dość śmieciowej stylistyce, niezwykle immersyjny film traktował o tym, jak wszechobecna technologia wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości i sposób patrzenia na świat.

"Screen Melancholy", wystawa w pawilonie tajwańskim
Warte uwagi były również pawilony Hiszpanii, Chile, Austrii i Japonii. Choć z pozoru każda z tych wystaw była zupełnie inna, wszystkie miały podobną cechę: swoją przestrzenią zapraszały widza do interakcji i robiły to w bardzo przystępny sposób. W pawilonie hiszpańskim były to tysiące kolorowych pocztówek na ścianach, w chilijskim - duża nieregularna forma z zamkniętą wewnątrz makietą, którą oglądać można było wyłącznie przez malutkie otworki w ścianach. Pawilon austriacki, podobno najbardziej kontrowersyjny, postawił na performance - i to naprawdę potężny (zobaczenie kobiety zwieszającej się głową w dół z dzwonu i poruszającej się wahadłowo, by dzwon zaczął wydawać z siebie dźwięk, na żywo robi niezwykłe wrażenie). A by wejść do pawilonu japońskiego, trzeba było wziąć ze sobą ważącą kilka kilogramów lalkę-niemowlaka 😀
Co do reszty mam zaś mocno mieszane uczucia - takie jakieś, nieszczególne, ogólnie wszędzie dużo soli - i to dosłownie, na kilku wystawach rozsypana sól zajmowała duże fragmenty podłóg 🤨. Z jednej strony rozumiem zamysł, bowiem przeważająca część wystaw traktowała o tematach kolonialnych, niewolnictwie i wyzysku ludzi o nie białym kolorze skóry, jednak wielokrotnie w pretensjonalny i nie wzbudzający żadnych emocji sposób; dla kontrastu, widzieliśmy też w Wenecji wystawę malarstwa Michaela Armitage'a, która zrobiła na nas wprost piorunujące wrażenie - brutalna, do bólu szczera, a jednocześnie oferująca kawał pięknego malarstwa.
Mieliśmy też okazję załapać się na wystawę RAGE BAIT autorstwa Evy i Franco Mattes, eksplorującej mechanizmy współczesnego internetu - sztuczną inteligencję, działanie algorytmów i memy służące graniu na ludzkich emocjach i stające się narzędziem do przykuwania uwagi. Była to chyba najbardziej depresyjna wystawa, jaką widziałam w ostatnich latach.

Po lewej: pawilon hiszpański; po prawej: jedna z instalacji w Arsenale, przykuła moją uwagę, bo w jej skład wchodziły znalezione przez artystę różnorakie pierścionki, o bliżej nieokreślonym pochodzeniu i historiach.

Od lewej: pawilon chilijski, pawilon austriacki, pawilon japoński, jeden z losowych pawilonów z wszechobecną solą

Po lewej: Michael Armitage; po prawej: RAGE BAIT
Mniej znane zakątki Laguny Weneckiej
Oprócz oglądania wystaw zrobiliśmy sobie wyprawę na Torcello - położoną na północny wschód od historycznego centrum Wenecji wysepkę będącą jednym z najstarszych ośrodków Laguny Weneckiej. Miejsce to jest niemal zupełnie wyludnione (pomijając kręcących się tam nielicznych turystów), zamieszkuje je na stałe ledwie kilkanaście osób.
Na Torcello można zobaczyć dwa zabytkowe kościoły: Bazylikę Santa Maria Assunta di Torcello wzniesioną w 639 roku oraz kościół Santa Fosca a Torcello z XI wieku.
Najbardziej niezwykłą częścią tego miejsca były dla mnie nie budynki, ale tamtejsze mokradła - zrobiliśmy sobie dziki wypad wąską ścieżynką wśród bagien i był to jeden z najbardziej uroczych spacerów, jakie odbyliśmy 🥰

A z tym Pałacem Dożów to dajcie spokój, kto to słyszał
Czy warto go odwiedzić?
Sądzę, że raz tak. Przede wszystkim, by zobaczyć niezwykły rozmach dawnych władców Wenecji. W głowie się kręciło się od oglądania tych wszystkich ścian i sufitów pokrytych gigantycznymi malowidłami autorstwa m. in. Veronesego i Tintoretta...
Bardzo polecam też głaskanie ulicznych kotków, udało mi się to dużo razy 😻
Fajna ta Wenecja, mam nadzieję jeszcze tam wrócić...




