Stal chirurgiczna i czemu jej nie lubię

Zdarza się raz na parę miesięcy...
...że ktoś zadaje mi ciężkie do przełknięcia pytanie: “a czy zrobiłabyś mi biżuterię ze stali chirurgicznej?”
Zgadza się, nie zrobię.
I zaraz wytłumaczę Ci, czemu 😉
Od kilkunastu lat rynek zalewa masa (słowo to jest w jej kontekście dość istotne, do czego odniosę się w dalszej części tekstu) stalowej biżuterii - dyskretnej, masywnej, do wyboru, do koloru…
Swoją popularność biżuteria ze stali zawdzięcza dwóm cechom: jest wytrzymała oraz względnie tania… ale tylko w seryjnej produkcji.

O co tyle hałasu?
Zacznijmy od właściwości samego materiału - stal jest twarda, dzięki temu dostępna na rynku biżuteria jest odporna na uszkodzenia, nie rysuje się tak łatwo, nie ulega korozji, zwykle nie uczula, nie zmienia koloru (nie mówię tu o stali pozłacanej, bo to odrębny temat), ALE z tego też powodu nie bardzo da się ją obrabiać bez odpowiednich narzędzi - i to przemysłowych, nie ręcznych; ręczną piłką do metalu jej nie przetnę, a lasera czy maszyny CNC nie posiadam. Problematyczne jest także łączenie - nie jestem w stanie lutować stali, być może od biedy dałoby się ją spawać, jednak ta opcja jest dla mnie nieosiągalna (a klejenie z przyczyn oczywistych nie wchodzi w ogóle w rachubę)...
Obróbka stali wymaga zupełnie innej technologii i narzędzi niż praca w srebrze i złocie - nie ma tu mowy o tradycyjnym rzemiośle na małą skalę, wytwarzanie biżuterii stalowej to po prostu przemysł ciężki. Proces ten byłby opłacalny w przypadku tworzenia masy powtarzalnych wzorów (a przy takiej masowej produkcji cena pojedynczej sztuki może być niska), ale i tak na wejściu należałoby mieć ogromne zasoby finansowe. W dodatku ta masowa produkcja kłóci się z tym, co mi bliskie: z ręcznym tworzeniem unikatów, niepowtarzalnych małych dzieł sztuki.


To nie tak, że w stali W OGÓLE nie da się pracować...
Miałam w swojej twórczości krótki epizod używania stalowego drutu do wire-wrappingu i nie wspominam go szczególnie ciepło. Materiał ten jest niezbyt plastyczny, ciężko go wyginać, sprężynuje, nie daje się go ładnie wykończyć, a w dodatku popsułam na nim kilka sztuk narzędzi.
Jedyną opcją jest montowanie biżuterii z gotowych półfabrykatów, których na rynku jest zatrzęsienie, ale zupełnie mnie to nie kręci i nie daje wystarczającej twórczej wolności. Próbowałam niby znaleźć jakieś alternatywne rozwiązanie, łącząc stal z miedzią - stworzyłam kilka sztuk biżuterii, w których kamienie oprawiałam w miedziane oprawki, zaś te stawały się elementami większych wire-wrappingowych całości, ale dość szybko porzuciłam ten pomysł, bo nie spełniał moich oczekiwań.
Jednym z przykładów takiego dziwnego stalowo-miedzianego mariażu jest obsydianowa gwiazdka, którą kiedyś wykonałam na zamówienie:

Jednym z przykładów takiego dziwnego stalowo-miedzianego mariażu jest obsydianowa gwiazdka, którą wykonałam kiedyś na zamówienie (foto powyżej). Byłam z niej nawet zadowolona, choć do dziś boli mnie wiele drobnych szczegółów, jak choćby brak możliwości zlutowania krawatki - wychodzę z założenia, że im więcej otwartych ogniw da się zamknąć, tym lepiej dla trwałości całego wyrobu, więc każde miejsce pozostawione niezlutowane mnie niepokoi... 😅
Złotnictwo jest zbyt piękne, bym miała cofać się w rozwoju do składania gotowych, identycznych elementów, powstałych w milionowych nakładach (i w dodatku nie móc ich połączyć na stałe odrobiną lutu).
Pozdrawiam cieplutko!


